sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział II -Wielki Smutek

Nareszcie nadszedł ranek. Wstałam szybko i wyślizgnęłam się z łóżka. Zleciałam szybko na parter i wbiegłam do pokoju rodziców. A no tak zapomniałam pierw praca. Zmarszczyłam brwi.
-Hym... co robić?-pytałam się bez sensu. -Matko ale głupia jestem przecież Justus tam sam się męczy! A ty obiecałaś!- przebrałam się w bryczesy i oficerki. Szybko wybiegłam z domu i wsiadłam na rower. Jechałam jak jakaś wariatka, samochody ciągle na mnie trąbiły! Ale cóż musiałam szybko przybyć do Justusa. Zeszłam z rowera i położyłam go tam gdzie zwykle. Puściłam się biegiem w głąb tej olbrzymiej "puszczy". Biegłam, biegłam i nagle poszybowałam jak kawka nad strumieniem. Otworzyłam stajnię i podbiegłam do Justusa.
-Witam przystojniaku!-przytuliłam go. Tylko parsknął. -Dziś już nie będę ci robić padoku ani ujeżdżalni bo dziś pojedziesz już do mnie. Nie będziesz już w tej samotnej dziurze. Będziesz już ze mną i nie będziesz już się musiał obawiać niczego. Będziemy razem w tereny jeździć i na zawody! Zobaczymy w czym jesteś dobry!-mogłabym tak jeszcze godzinami wymieniać. Siedziałam na boksie Justusa. Trzeba by go wyprowadzić. Konik sobie już skubał trawkę przywiązany do słupka a ja leżałam na trawię marząc, jak to będzie. Dzień zapowiadał się cudownie, nie tylko ze strony pogody. Zerknęłam na zegarek była już czternasta! Ale jak to?! Musiałam się obudzić o dziesiątej ale przecież nie spałam! Zabrałam konia ostatni raz do tego boksu i ruszyłam do domu. Wyciągnęłam rower z dołu. Ręce trzęsły mi się z emocji. Zaraz koń będzie mój! Wsiadłam i ruszyłam w drogę powrotną. Otwierając drzwi zobaczyłam mamę i tatę.
-I co?!-zapytałam z entuzjazmem.
-Ale co?-zapytał tata.
-No koń!-krzyknęłam.
-Tata się zgodził na tego konia ale pod jednym warunkiem.
-Jajku! Jakim warunkiem?
-Będziesz się nim opiekować-powiedział tata.
-No jasne że będę!
-I koń będzie mieszkał w stadninie.
-Ok!
-To jest klacz, ogier czy wałach?
-Ogier, a co?
-A nic... ogier? Podobno ogiery nie są odpowiednie dla uczących się jeźdźców.
-Zależy jakie i przecież ja mam już doświadczenie!
-Eh.. no dobrze teraz pójdziemy załatwić tą sprawę.
-Mogę iść z wami!?
-Nie zostań w domu i umyj naczynia, wrócimy około osiemnastej.
-Dobrze, pa!
Rodzice wyszli. Ja podpełzłam do kuchni i zaczęłam myć naczynia. Lecz byłam taka podekscytowana że cały czas patrzyłam na zegarek. Minęła już godzina. Potem ciągnęła się druga i trzecia. Została jeszcze tylko godzina! Biegałam po całym domu ze szczęścia. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył miałby prawdziwą bekę. Nagle słyszę otwierające się drzwi. Podbiegłam.
-No i co!?
-Niestety ogier ma właściciela który został powiadomiony że ma tutaj konia, prawdopodobnie o nim zapomniał, bądź nie miał czasu jak mówi Henryk.-powiedziała mama.
-Co?! Jak to?!-do oczy wzbierały się łzy. Po chwili cała moja twarz stała się czerwona nie mogłam wytrzymać i rozbeczałam się jak małe dziecko. Pobiegłam na górę i nie chciałam z nikim rozmawiać. Po godzinie przyszła mama.
-Spokojnie córeczko, skoro ten człowiek zapomniał o tym koniu to pewnie go sprzeda.
-I my go kupimy?!
-Jeżeli będzie na sprzedaż poniżej dwudziestu tysięcy to tak.
-Oby był na sprzedaż!
-A jakby co to kupimy innego konia...
-Nie! Nie chce innego! Chce Justusa!
-Oh nie płacz już, umówiłam cię na jazdę jutro o ósmej.
-Ok.
-Pogadam też z tym panem jutro. Może będziesz mogła się nim zajmować pod jego nie bezecność, jak koń nie będzie na sprzedaż...
-Ale on będzie na sprzedaż!
-Tak
Przytuliłam mamę i pochwili zasnęłam wtulona w nią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz