Wstałam dziś jak zwykle rano. Słońce jeszcze dobrze nie wyszło na niebo. Zeszłam na po schodach do kuchni i zjadłam o dziwo śniadanie. Teraz w sumie nie miałam po co wychodzić z domu, skoro nie było już go tam nie było... Lecz to co wczoraj mama powiedziała trzymało mnie na duchu. Była nadzieja! Przypomniawszy sobie to poszłam do rodziców do pokoju. Wzięłam karteczkę z numerem i zadzwoniłam.
-Przepraszam czy dodzwoniłam się do Stadniny?
-Tak-odpowiedziała jakaś kobieta.
-Na kiedy mogłabym się zapisać na jazdę? Najlepiej żeby było to jak najwcześniej.
-Hym... zależy od tego jak jeździsz, sprawdzimy na pierwszej jeździe twoje umiejętności. Pierwsza jazda jest darmowa.
-Aha, a kiedy by ona się odbyła?
-Dziś o dwunastej.
-Aha czyli za cztery godziny mam tam być?
-Tak.
-Dziękuję do widzenia!
-Do widzenia!
Odłożyłam telefon i pobiegłam przygotować rzeczy.
-Sztylpy, Sztyblety są. bryczesy mam na sobie...toczek!-myślałam głośno. Godzina dwunasta zbliżała się nie ubłagalnie.
-Dobra to ja już idę-powiedziałam do siebie jak "Gollum" i wyszłam na dwór. Rodzice wracali za około dwie godziny więc miałam dużo czasu. Stanęłam u płotów stadniny. Była to nie wielka stadnina. Na moje chore obliczenia było tam nie więcej niż piętnaście koni. Poszłam kogoś poszukać.
-Hallo?-zapytałam.
-O już jesteś!-powiedziała kobieta która rozmawiała ze mną przez telefon. -Umiesz siodłać konie?
-Tak umiem-powiedziałam.
-To dobrze osiodłasz Dekabrystę.
-Jasne.
-Siodlarnia jest zaraz po lewej-powiedziała. -Jak skończysz chodź z koniem na ujeżdżalnie.
-Ok.
Poszłam do siodlarni a potem szukałam boksu Dekabrysty.
-O tu cię mam!-powiedziałam jak ją znalazłam.
-Nowa?-zapytała jakaś dziewczyna za mną.
-Tak będę jeździć w tej stadninie od dziś-powiedziałam i zaczęłam siodłać konia.
-Aha...
-A ty od dawna tu jeździsz?
-Wiesz, stadnina jest nowa ale jeżdżę od początku jej istnienia.
-Dobrze jeździsz?
-Chyba tak...
-A będziesz ze mną na ujeżdżalni?
-Tak, będziemy tylko my dwie.
-Na kim będziesz jeździć?
-Na Monte Carlo, wałach fryzyjski.
-A Dekabrysta jakiej jest rasy, bo nie piszę.
-Dekabrysta to wielkopolski.
-O to fajnie jeszcze nigdy nie jeździłam na wielkopolskich koniach.
-A ja cięgle na nich jeżdżę, dziś jakaś zmiana bo na Monte Carlo mnie puścili.
Kiwnęłam głową.
-Dobra ja idę siodłać-powiedziała dziewczyna. -Tak w ogóle jestem Monika!-powiedziała.
-Ja to Emily!-krzyknęłam.
Osiodłałam Dekabrystę i wyprowadziłam ją na ujeżdżalnię.
-Dobrze Monika pierwsza potem ty, w ogóle jak masz na imię?-zapytała instruktorka.
-Emily!-krzyknęłam.
Jazda trwała dokładnie godzinę. Fajnie się jeździło na Dekabryście, było trochę galopu i w ogóle. Umówiłam się na następną jazdę na skoki, jazda miała się odbyć po jutrze o siedemnastej. Szybko wróciłam do domu i czekałam na rodziców... w końcu sprawa Justusa nie mogła czekać. Właściciel jego wracał dziś więc, mama pójdzie do niego zapytać się o sprzedaż. Byłam taka podekscytowana. Rodzice wrócili.
-Mamo idź to tego kolesia i zapytaj się o kupno Justusa! A tak w ogóle byłam dziś na koniach i umówiłam się na po jutrze!-powiedziałam od razu.
-To dobrze kochanie, do właściciela tego konia pójdziemy razem.
-Co?!
-Tak razem i pójdziemy jutro bo dopiero jutro zawita do tego kraju-powiedziała mama.
-A teraz umyj naczynia.
I jak zwykle naczynia, obiad i nudy! Tak zleciał cały dzień, w następny rodzice mieli wolny. Wstałam....
Prawdziwa Przyjaźń
niedziela, 22 czerwca 2014
sobota, 21 czerwca 2014
Rozdział II -Wielki Smutek
Nareszcie nadszedł ranek. Wstałam szybko i wyślizgnęłam się z łóżka. Zleciałam szybko na parter i wbiegłam do pokoju rodziców. A no tak zapomniałam pierw praca. Zmarszczyłam brwi.
-Hym... co robić?-pytałam się bez sensu. -Matko ale głupia jestem przecież Justus tam sam się męczy! A ty obiecałaś!- przebrałam się w bryczesy i oficerki. Szybko wybiegłam z domu i wsiadłam na rower. Jechałam jak jakaś wariatka, samochody ciągle na mnie trąbiły! Ale cóż musiałam szybko przybyć do Justusa. Zeszłam z rowera i położyłam go tam gdzie zwykle. Puściłam się biegiem w głąb tej olbrzymiej "puszczy". Biegłam, biegłam i nagle poszybowałam jak kawka nad strumieniem. Otworzyłam stajnię i podbiegłam do Justusa.
-Witam przystojniaku!-przytuliłam go. Tylko parsknął. -Dziś już nie będę ci robić padoku ani ujeżdżalni bo dziś pojedziesz już do mnie. Nie będziesz już w tej samotnej dziurze. Będziesz już ze mną i nie będziesz już się musiał obawiać niczego. Będziemy razem w tereny jeździć i na zawody! Zobaczymy w czym jesteś dobry!-mogłabym tak jeszcze godzinami wymieniać. Siedziałam na boksie Justusa. Trzeba by go wyprowadzić. Konik sobie już skubał trawkę przywiązany do słupka a ja leżałam na trawię marząc, jak to będzie. Dzień zapowiadał się cudownie, nie tylko ze strony pogody. Zerknęłam na zegarek była już czternasta! Ale jak to?! Musiałam się obudzić o dziesiątej ale przecież nie spałam! Zabrałam konia ostatni raz do tego boksu i ruszyłam do domu. Wyciągnęłam rower z dołu. Ręce trzęsły mi się z emocji. Zaraz koń będzie mój! Wsiadłam i ruszyłam w drogę powrotną. Otwierając drzwi zobaczyłam mamę i tatę.
-I co?!-zapytałam z entuzjazmem.
-Ale co?-zapytał tata.
-No koń!-krzyknęłam.
-Tata się zgodził na tego konia ale pod jednym warunkiem.
-Jajku! Jakim warunkiem?
-Będziesz się nim opiekować-powiedział tata.
-No jasne że będę!
-I koń będzie mieszkał w stadninie.
-Ok!
-To jest klacz, ogier czy wałach?
-Ogier, a co?
-A nic... ogier? Podobno ogiery nie są odpowiednie dla uczących się jeźdźców.
-Zależy jakie i przecież ja mam już doświadczenie!
-Eh.. no dobrze teraz pójdziemy załatwić tą sprawę.
-Mogę iść z wami!?
-Nie zostań w domu i umyj naczynia, wrócimy około osiemnastej.
-Dobrze, pa!
Rodzice wyszli. Ja podpełzłam do kuchni i zaczęłam myć naczynia. Lecz byłam taka podekscytowana że cały czas patrzyłam na zegarek. Minęła już godzina. Potem ciągnęła się druga i trzecia. Została jeszcze tylko godzina! Biegałam po całym domu ze szczęścia. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył miałby prawdziwą bekę. Nagle słyszę otwierające się drzwi. Podbiegłam.
-No i co!?
-Niestety ogier ma właściciela który został powiadomiony że ma tutaj konia, prawdopodobnie o nim zapomniał, bądź nie miał czasu jak mówi Henryk.-powiedziała mama.
-Co?! Jak to?!-do oczy wzbierały się łzy. Po chwili cała moja twarz stała się czerwona nie mogłam wytrzymać i rozbeczałam się jak małe dziecko. Pobiegłam na górę i nie chciałam z nikim rozmawiać. Po godzinie przyszła mama.
-Spokojnie córeczko, skoro ten człowiek zapomniał o tym koniu to pewnie go sprzeda.
-I my go kupimy?!
-Jeżeli będzie na sprzedaż poniżej dwudziestu tysięcy to tak.
-Oby był na sprzedaż!
-A jakby co to kupimy innego konia...
-Nie! Nie chce innego! Chce Justusa!
-Oh nie płacz już, umówiłam cię na jazdę jutro o ósmej.
-Ok.
-Pogadam też z tym panem jutro. Może będziesz mogła się nim zajmować pod jego nie bezecność, jak koń nie będzie na sprzedaż...
-Ale on będzie na sprzedaż!
-Tak
Przytuliłam mamę i pochwili zasnęłam wtulona w nią.
-Hym... co robić?-pytałam się bez sensu. -Matko ale głupia jestem przecież Justus tam sam się męczy! A ty obiecałaś!- przebrałam się w bryczesy i oficerki. Szybko wybiegłam z domu i wsiadłam na rower. Jechałam jak jakaś wariatka, samochody ciągle na mnie trąbiły! Ale cóż musiałam szybko przybyć do Justusa. Zeszłam z rowera i położyłam go tam gdzie zwykle. Puściłam się biegiem w głąb tej olbrzymiej "puszczy". Biegłam, biegłam i nagle poszybowałam jak kawka nad strumieniem. Otworzyłam stajnię i podbiegłam do Justusa.
-Witam przystojniaku!-przytuliłam go. Tylko parsknął. -Dziś już nie będę ci robić padoku ani ujeżdżalni bo dziś pojedziesz już do mnie. Nie będziesz już w tej samotnej dziurze. Będziesz już ze mną i nie będziesz już się musiał obawiać niczego. Będziemy razem w tereny jeździć i na zawody! Zobaczymy w czym jesteś dobry!-mogłabym tak jeszcze godzinami wymieniać. Siedziałam na boksie Justusa. Trzeba by go wyprowadzić. Konik sobie już skubał trawkę przywiązany do słupka a ja leżałam na trawię marząc, jak to będzie. Dzień zapowiadał się cudownie, nie tylko ze strony pogody. Zerknęłam na zegarek była już czternasta! Ale jak to?! Musiałam się obudzić o dziesiątej ale przecież nie spałam! Zabrałam konia ostatni raz do tego boksu i ruszyłam do domu. Wyciągnęłam rower z dołu. Ręce trzęsły mi się z emocji. Zaraz koń będzie mój! Wsiadłam i ruszyłam w drogę powrotną. Otwierając drzwi zobaczyłam mamę i tatę.
-I co?!-zapytałam z entuzjazmem.
-Ale co?-zapytał tata.
-No koń!-krzyknęłam.
-Tata się zgodził na tego konia ale pod jednym warunkiem.
-Jajku! Jakim warunkiem?
-Będziesz się nim opiekować-powiedział tata.
-No jasne że będę!
-I koń będzie mieszkał w stadninie.
-Ok!
-To jest klacz, ogier czy wałach?
-Ogier, a co?
-A nic... ogier? Podobno ogiery nie są odpowiednie dla uczących się jeźdźców.
-Zależy jakie i przecież ja mam już doświadczenie!
-Eh.. no dobrze teraz pójdziemy załatwić tą sprawę.
-Mogę iść z wami!?
-Nie zostań w domu i umyj naczynia, wrócimy około osiemnastej.
-Dobrze, pa!
Rodzice wyszli. Ja podpełzłam do kuchni i zaczęłam myć naczynia. Lecz byłam taka podekscytowana że cały czas patrzyłam na zegarek. Minęła już godzina. Potem ciągnęła się druga i trzecia. Została jeszcze tylko godzina! Biegałam po całym domu ze szczęścia. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył miałby prawdziwą bekę. Nagle słyszę otwierające się drzwi. Podbiegłam.
-No i co!?
-Niestety ogier ma właściciela który został powiadomiony że ma tutaj konia, prawdopodobnie o nim zapomniał, bądź nie miał czasu jak mówi Henryk.-powiedziała mama.
-Co?! Jak to?!-do oczy wzbierały się łzy. Po chwili cała moja twarz stała się czerwona nie mogłam wytrzymać i rozbeczałam się jak małe dziecko. Pobiegłam na górę i nie chciałam z nikim rozmawiać. Po godzinie przyszła mama.
-Spokojnie córeczko, skoro ten człowiek zapomniał o tym koniu to pewnie go sprzeda.
-I my go kupimy?!
-Jeżeli będzie na sprzedaż poniżej dwudziestu tysięcy to tak.
-Oby był na sprzedaż!
-A jakby co to kupimy innego konia...
-Nie! Nie chce innego! Chce Justusa!
-Oh nie płacz już, umówiłam cię na jazdę jutro o ósmej.
-Ok.
-Pogadam też z tym panem jutro. Może będziesz mogła się nim zajmować pod jego nie bezecność, jak koń nie będzie na sprzedaż...
-Ale on będzie na sprzedaż!
-Tak
Przytuliłam mamę i pochwili zasnęłam wtulona w nią.
Rozdział I -Szansa
Dziś rano wstałam o szóstej rano, nic niespodziewanego się nie działo. Zeszłam wolnym, ale zdecydowanym, krokiem w dół. Nikogo nie było. Trudno było się dziwić rodzice byli w pracy. Wzięłam kurtkę i szybko wybiegłam. Podbiegłam do roweru.
-A dom!-przypomniałam sobie że muszę go zamknąć. Zamknęłam go i wsiadłam na rower. -Ok wszystko-pomyślałam na głos. Jechałam zapomnianą dróżką przez las. Zostałam rower w dole który nie dawno znalazłam, dalej już biegłam. Pomknęłam szybko lasem. Zmęczyłam się w połowie drogi i zaczęłam iść. Słońce wyszło już wysoko a ja szłam przez brzozowy zakątek, gdyż tak nazwałam ten obszar lasu. Prawie byłam, już miałam się rzucić w bieg, ale powstrzymałam się. Zapomniałam o strumyku, prawie do niego wpadłam. Przeskoczyłam go jednym ruchem i teraz już nic mnie nie powstrzymało, biegłam. Stanęłam na przeciw starej stajni. Tak tutaj właśnie był. A właśnie kto? Był to mój kochany wierzchowiec. Był to gniady koń. Nie wiem jakiej był rasy, nie wiedziałam o nim praktycznie nic. Z tabliczki można było odczytać tylko imię i wiek. Na imię miał Justus, lat miał natomiast sześć. Tylko on został w tej zapomnianej stadninie... z resztą nie wiem co się stało, dlaczego jest w tak odległym miejscu od cywilizacji... i żadnych pastwisk, tylko stajnia z czterema boksami. Nie wiedziałam też jakiej rasy był piękny ale nie przypominał żadnej z ras które widziałam. Był całkiem inaczej zbudowany, był też straszne wysoki. Wyglądał jak koń gorącokrwisty... ale jakiś taki inny. Chodziłam do niego już od dwóch miesięcy. Karmiłam go dawałam mu pić. Postanowiłam też tu posprzątać i zrobić padok. Zbierałam też na siodło i uzdę... na razie służył mi mój stary koc i sznurek, no ale cóż koń był bardzo spokojny i chętnie chodził pod "siodłem". Nikt tu nie chodził i dobrze. Trzeba by było zrobić most i wiele innych rzeczy! Ujeżdżalnie... i najważniejsze powiedzieć rodzicom. Na razie jednak nie przejmowałam się tym. Wsiadłam na Justusa i pomknęłam w góry. Gdyż za stajnią rozciągały się wielki zielone góry. Na Justusie jeździło się magicznie.... nie chciało się z niego zachodzić, już nigdy. Gdy od niego odchodziła zawsze czułam się okropnie zostawiając go tak samego. Zawsze bałam się że coś mu się stanie. Było już południe rodzice zaraz wracali z pracy. Zeszłam z Justusa i wprowadziłam go do boksu.
-Nie martw się jutro znowu przyjdę i zrobimy padok i może zaczniemy ujeżdżalnie-uśmiechnęłam ale byłam smutna że go opuszczałam. -No to pa Kasztan!-pożegnałam go i zamknęłam stajnie i zawiesiłam karteczkę zamknięte.
-Muszę też zrobić zamki na kluczę-mruczałam. W końcu tyle mówiłam że zrobię a jak na razie nic nie zrobiłam i to mnie dobijało. Wracałam już wolniej niż wcześniej. Wyciągnęłam rower z dołka i wróciłam do domu. Rozpadało się.
-Kochanie gdzie ty byłaś?-zapytała mnie mama.
-A nie ważne...-powiedziałam patrząc się przez okno.
-No dobrze skoro tak mówisz, dawno nie jeździłaś na koniach. Znudziło ci się?
-Nie!-krzyknęłam.
-Oh... to morze zapiszę cię na jazdę w tej nowej stadninie?-zapytała mama.
-A jest jakaś nowa stadnina?!
-Tak, mam nawet numer. To zapisać cię?
-Nom... jak chcesz...
-Tak czy nie?
-No tak!-powiedziałam myśląc że to oczywiste. -Mamo...
-Tak?
-Kupmy konia, przecież mamy stajnie...
-No mamy ale kto by się tym zajmował?
-Albo nie inaczej... muszę ci coś powiedzieć... bo ja we wiośnie znalazłam opuszczoną stajnie...
-Co?!
-Daj mi dokończyć i w niej jest koń, spokojnie jest bardzo spokojny... i tam nikt nie przychodzi tylko ja i ja na tym koniu tam jeżdżę... ale nie mamo on jest spokojny i
to bardzo spokojny!
-Nie wiem co ci mam powiedzieć... to jest obcy koń i on nie jest twój... a skoro nie ma właściciela albo ktoś go porzucił to jest to dziki koń, bądź koń państwa.
-To odkupmy!
-Ale czy tata by się zgodził na takiego konia?
-Przekonam go a ty się zgadzasz?
-Pogadaj z tatą i wtedy porozmawiamy.
-A pogadasz z panem Heńkiem, w końcu on może chyba coś zrobić z tym odkupieniem?
-Oh nie wiem! Pogadaj z tatą, w końcu już za tydzień twoje urodziny... myślałam o koniu... ale nie wiedziałam że nadal się interesujesz jazdą konną. Więc jak już tego
konia może kupimy to wypróbuje go właścicielka stadniny w której będzie mieszkał.
-Będzie mieszkał w stadninie?
-Jak może go kupimy to tak...
-Jeah! To ja idę do taty!
-Dobra już nie idź ja za nim pogadam ale skoro ten koń to był jego pomysł to chyba się zgodzi, tylko masz jeździć w toczku!
-Tak, tak wiem! Dziękuję wam!- rzuciłam się na szyję mamy.
-No i masz za co!
Poszłam do góry do siebie do pokoju, byłam taka podekscytowana jutrem że nie zmróżyłam oka.
-A dom!-przypomniałam sobie że muszę go zamknąć. Zamknęłam go i wsiadłam na rower. -Ok wszystko-pomyślałam na głos. Jechałam zapomnianą dróżką przez las. Zostałam rower w dole który nie dawno znalazłam, dalej już biegłam. Pomknęłam szybko lasem. Zmęczyłam się w połowie drogi i zaczęłam iść. Słońce wyszło już wysoko a ja szłam przez brzozowy zakątek, gdyż tak nazwałam ten obszar lasu. Prawie byłam, już miałam się rzucić w bieg, ale powstrzymałam się. Zapomniałam o strumyku, prawie do niego wpadłam. Przeskoczyłam go jednym ruchem i teraz już nic mnie nie powstrzymało, biegłam. Stanęłam na przeciw starej stajni. Tak tutaj właśnie był. A właśnie kto? Był to mój kochany wierzchowiec. Był to gniady koń. Nie wiem jakiej był rasy, nie wiedziałam o nim praktycznie nic. Z tabliczki można było odczytać tylko imię i wiek. Na imię miał Justus, lat miał natomiast sześć. Tylko on został w tej zapomnianej stadninie... z resztą nie wiem co się stało, dlaczego jest w tak odległym miejscu od cywilizacji... i żadnych pastwisk, tylko stajnia z czterema boksami. Nie wiedziałam też jakiej rasy był piękny ale nie przypominał żadnej z ras które widziałam. Był całkiem inaczej zbudowany, był też straszne wysoki. Wyglądał jak koń gorącokrwisty... ale jakiś taki inny. Chodziłam do niego już od dwóch miesięcy. Karmiłam go dawałam mu pić. Postanowiłam też tu posprzątać i zrobić padok. Zbierałam też na siodło i uzdę... na razie służył mi mój stary koc i sznurek, no ale cóż koń był bardzo spokojny i chętnie chodził pod "siodłem". Nikt tu nie chodził i dobrze. Trzeba by było zrobić most i wiele innych rzeczy! Ujeżdżalnie... i najważniejsze powiedzieć rodzicom. Na razie jednak nie przejmowałam się tym. Wsiadłam na Justusa i pomknęłam w góry. Gdyż za stajnią rozciągały się wielki zielone góry. Na Justusie jeździło się magicznie.... nie chciało się z niego zachodzić, już nigdy. Gdy od niego odchodziła zawsze czułam się okropnie zostawiając go tak samego. Zawsze bałam się że coś mu się stanie. Było już południe rodzice zaraz wracali z pracy. Zeszłam z Justusa i wprowadziłam go do boksu.
-Nie martw się jutro znowu przyjdę i zrobimy padok i może zaczniemy ujeżdżalnie-uśmiechnęłam ale byłam smutna że go opuszczałam. -No to pa Kasztan!-pożegnałam go i zamknęłam stajnie i zawiesiłam karteczkę zamknięte.
-Muszę też zrobić zamki na kluczę-mruczałam. W końcu tyle mówiłam że zrobię a jak na razie nic nie zrobiłam i to mnie dobijało. Wracałam już wolniej niż wcześniej. Wyciągnęłam rower z dołka i wróciłam do domu. Rozpadało się.
-Kochanie gdzie ty byłaś?-zapytała mnie mama.
-A nie ważne...-powiedziałam patrząc się przez okno.
-No dobrze skoro tak mówisz, dawno nie jeździłaś na koniach. Znudziło ci się?
-Nie!-krzyknęłam.
-Oh... to morze zapiszę cię na jazdę w tej nowej stadninie?-zapytała mama.
-A jest jakaś nowa stadnina?!
-Tak, mam nawet numer. To zapisać cię?
-Nom... jak chcesz...
-Tak czy nie?
-No tak!-powiedziałam myśląc że to oczywiste. -Mamo...
-Tak?
-Kupmy konia, przecież mamy stajnie...
-No mamy ale kto by się tym zajmował?
-Albo nie inaczej... muszę ci coś powiedzieć... bo ja we wiośnie znalazłam opuszczoną stajnie...
-Co?!
-Daj mi dokończyć i w niej jest koń, spokojnie jest bardzo spokojny... i tam nikt nie przychodzi tylko ja i ja na tym koniu tam jeżdżę... ale nie mamo on jest spokojny i
to bardzo spokojny!
-Nie wiem co ci mam powiedzieć... to jest obcy koń i on nie jest twój... a skoro nie ma właściciela albo ktoś go porzucił to jest to dziki koń, bądź koń państwa.
-To odkupmy!
-Ale czy tata by się zgodził na takiego konia?
-Przekonam go a ty się zgadzasz?
-Pogadaj z tatą i wtedy porozmawiamy.
-A pogadasz z panem Heńkiem, w końcu on może chyba coś zrobić z tym odkupieniem?
-Oh nie wiem! Pogadaj z tatą, w końcu już za tydzień twoje urodziny... myślałam o koniu... ale nie wiedziałam że nadal się interesujesz jazdą konną. Więc jak już tego
konia może kupimy to wypróbuje go właścicielka stadniny w której będzie mieszkał.
-Będzie mieszkał w stadninie?
-Jak może go kupimy to tak...
-Jeah! To ja idę do taty!
-Dobra już nie idź ja za nim pogadam ale skoro ten koń to był jego pomysł to chyba się zgodzi, tylko masz jeździć w toczku!
-Tak, tak wiem! Dziękuję wam!- rzuciłam się na szyję mamy.
-No i masz za co!
Poszłam do góry do siebie do pokoju, byłam taka podekscytowana jutrem że nie zmróżyłam oka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)